Thursday, December 29, 2016



Винегрет, a mówiąc po polsku "winegret" to pyszna sałatka, znana mi z niepamiętnych czasów. Jest jedną z podstawowych sałatek na różnych imprezach, a także kochają ją ludzie wiecznie siedzący na diecie. W poście o barszczu wspominałam, że za dawnych czasów ludzie nie zawsze mogli sobie pozwolić na rarytas w postaci "mięcha", a więc kolejnym super zamiennikiem bogatym w białko był winegret.

A więc:


Co należy przygotować?
- buraki
- kiszone ogórki
- gotowane ziemniaki
-gotowana marchew
- biała fasola
- kiszona kapusta (opcjonalnie)
- sól, pieprz
- olej słonecznikowy (może być oliwa z oliwek)


Jak to się robi?
1. siekamy wszystko (oprócz fasoli i kapusty) w drobną kostkę
2. mieszamy, doprawiamy do smaku i zalewamy olejem

Nie podaję proporcji, gdyż każdy robi winegret według własnego uznania. Ja uwielbiam buraki, więc moja sałatka będzie raczej słodkawa. Moja mama zaś, musi nawrzucać dużo ogórków i kapusty (sama nigdy nie dodaję kapusty). Mój tato lubi fasolę i ziemniaki, także jemu osobno wrzucamy dodatkową garć :D 
Przepis bardzo prosty, bardzo zdrowy i niesamowicie smaczny!

Enjoy! :) 




Wednesday, December 14, 2016

Pozwiedzać - koniecznie! Przy czym, wszystko co się da!

Zamieszkać - hmmm... niekoniecznie ;)


Azja jest kontynentem na tyle różnorodnym i heterogenicznym, że musiałabym chyba poświęcić rok na każdy kraj. O co mi chodzi? Europa przecież też jest ogromna, można się nazwiedzać do woli. Tak! Ale tutaj chodzi o kolosalne różnice między każdym krajem: alfabet i pismo (japoński, wietnamski, chiński, tybetański...), świątynie, jedzenie, postrzeganie kobiet, postrzeganie piękna itp. 
Jednak Azja nie jest tak lekko dostepna jak Europa, a to kusi najbardziej. I nawet jak będziemy na głodzie chlebowym, ziemniakowym, a produkty mleczne będą nam się już po nocach śniły, trzeba będzie zacisnąć zęby i wytrzymać! Nie znajdziemy polskich sklepów, nie znajdziemy nic, do czego byliśmy przyzwyczajeni. I to jest wspaniałe, Azja jest na bank miejscem, gdzie musisz wyjść ze swojej strefy komfortu. A kiedy jeszcze mamy możliwość porozmawiać z mieszkańcami... cacy! Oczywiście tybylcy zaczynają ode mnie uciekać, kiedy zmierzam w ich stronę, układajac w głowie pytania. Cóż, takie zwiedzanie jest najlpesze! A kiedy jeszcze ktoś cię do siebie zaprosi... Ach. Cud, miód i orzeszki. Nie będę się więcej rozpisywac. Trzeba jechać, zwiedzać, czerpać energię i cieszyć się każdą minutą.

Natomiast mieszkanie w Azji jest wyzwaniem. Dla mnie. Czasami mam tak serdecznie dość Tajpej, że mam ochotę wrócić do Polski. Czasami czuję, że na Ukrainie, opętanej kryzysem i wojną jest mi bardziej komfortowo niż na Tajwanie. Chociaż moja azjatycka egzystencja ogranicza się do brudnego, przeludnionego Tajpej, i do mojej ulicy, śmierdzącej ściekami i tofu (często mam chwile słabości, chyba poprzedzone upałami :D ) Dziwne, ale taki sam niesmak czułam w Jakarcie, a najgorzej było w Hong Kongu. Niesamowite miejsce! Ale po roku mieszkanie w HK, dostałabym nerwicy i oczopląsu. Na szczeście na Tajwanie jest inaczej. Wystarczy spakować rzeczy i uciec do rodzinnej wioski na południe. Kilka dni bez prysznica spokojnie wytrzyam, ale przynajmniej będe otoczona przyrodą! Och tak, Tajwan ma niesamowitą przyrodę. Tak niesamowitą, że kocham tę wyspę, uwielbiam. A czasami mam jej serdcznie dość. Przeżywam właśnie kryzys emigranta. Zdałam sprawę, że mieszkam w paskudnych warunkach, a moje biedne dziecko będzie to uważać za normalne... (kill me now) Euforia pierwszego roku minęła jeszcze na studiach, a następnym stadium powinna być akceptacja, czy, jak ja to nazywam, pogodzeniem się losem. Mam nadzieję, że do tego trzeciego stadium dożyję szybko i bezboleśnie. Narazie na samą myśl o powrocie na Tajwan (został mi tylko miesiąc) mam ochotę się rozpłakać. 

No ale cóż. Zwiedziać Azję mam w planach i będę to robić, mam nadzieję, do końca swoich sił. Powracać na Tajwan co kilka miesięcy jest moim marzeniem. A jak tylko poczuję przesyt, będę zębami wygryzać drogę ucieczki. 
Po porstu, niestety albo stety, na chwilę obecną chicałabym mieszkać gdzie indziej.  ;) 



















Kuala Lumpur - analogiczne miasto do Tajpej. Petronas Towers robią wrażenie, mniej więcej takie jak Tajpej 101. Ale zamieszkać tam na pewno bym nie chciała.
















Poniżej centrum Jakarty w nocy. Niestety Jakarta nie zalicza się do bezpiecznych miast. W przeciwieństwie do Tajpej, gdzie nocną porą nic nam nie grozi :)






















Malutkie, a jednak wielkie państwo-miasto, trochę przypominające New York. Hong Kong zachwyca swoją dynamiką. 






Yogyakarta i okolice - najpięknięsze miejsca w Indonezji
























Bali - co do plaż, nie mogę nic powiedzieć, ale kulturowo, wyspa jest wyjątkowa. Ludzie przemili, uśmiechnięci i bardzo pomocni. 


Monday, December 5, 2016

Jak na razie będzie to ostatni tekst o szoku kulturowym, który mój mózg musi codziennie przetwarzać. Ale muszę, muszę, bo się uduszę... Opowiedzieć o tym, jak rodziłam na Tajwanie.

Pominę szczegóły samego procesu. Ale były pewne rzeczy, na które zwróciłam uwagę:


1. Zacznę od pozytywów.

Dobra opieka, szpital super. Ekipa pielęgniarek i pielęgniarzy niesamowita, mili i pomocni, na zawołanie w dzień i w nocy. Wyszłam zadowolona, w podskokach i z uśmiechem na twarzy.


2. Co mnie, lekko mówiąc, "zdziwiło".

Bardzo podobało mi się to, że dzieci znajdują się w innej jednostce po drugiej stronie piętra. Leżą w osobnych, sterylnych pomieszczeniach, gdzie oprócz rodzica+jednej osoby towarzyszącej, ludzie mają zakaz wejścia. Dlaczego mnie to cieszy? No tak, muszę wspomnieć, że Tajwanki nie myją rąk z mydłem. A tajwańscy mężczyźni w ogóle. Więc w szpitalu co 5 minut puszczana była przypominajka pt.: Myjcie ręce/ myjcie ręce/ myjcie ręce. Lekarze i pielęgniarki oczywiście to czynili, ale nie pacjenci i ich rodziny! Także jestem szczęściarą, że moje dziecko leżało daleko od dodatkowych zarazków. 

Byłam zadziwiona również tym, na ile nowi rodzice nie chcą odwiedzać swoje nowonarodzone pociechy. Obok mnie leżała dziewczyna, która AŻ JEDEN RAZ odwiedziła synka! Stwierdziła, ża musi odpocząć, a poza tym, to już jest jej drugie dziecko! No dobra, nie wiem czemu to drugie dziecko jest dla niej takie "nie teges". Wyglądała na normalną, szczęśliwą, uśmiechniętą mamusię. No a odpoczynek? Tak! Jest szalenie ważny, ale przecież to nasza nowa dzidzia!!! My heart is melting!!! Ja nie potrafiłam zasnąć, póki mnie nie zawieźli do małej. Już nie wspomnę o karmieniu piersią.

Cóż. Karmienie piersią, karmienie piersią... Czułam się jak na pustni. Na całą wielką salę do karmienia siedziałam tylko ja. Cicho, głucho. Brakowało świerszcza. Przez bite 3 dni miałam przeogromne pomieszczenie dla siebie. Nawet kotarek nie musiałam zasłaniać. Może to ja tak trafiłam, ale nie widzałam żadnej innej dziewczyny, która przykuśtykałaby na ten drugi koniec korytarza, żeby nakarmić maleństwo. Nigdy! A może się mijałyśmy? Chociaż w przeszklonym pomieszczeniu obok pielęgniarki cały czas oblatywały dzieci z butlą. Z resztą, mnie też namówiły na "odpoczynek" od karmienia. Never!!! Będę sama karmić i koniec! 

Bardzo mnie zdziwiło to, że moje dziecko nie mogło być wypisane na 3 dzień, a mnie już chcieli pożegnać do domu. A to, że karmię? Oh well. No to zapłaciłam kolejne 300zł za kolejną dobę w szpitalu. A co tam! Jak szaleć, to szaleć! :D Gdyby tak każda karmiąca musiała zostać tę ekstra dobę, to szpital zrobiłby ładny utarg. Hmmmm, może one dla tego nie chcą karmić.....  :O 


3. To, co doprowadziło mnie do łez. (frustracja siedzi do dziś)

Żarty żartami, ale jednej rzeczy nie rozumiem i nie zrozumiem. A mianowicie: Do czarnej rozpaczy i wybuchu płaczu doprowadziła mnie higiena na sali poporodowej. Dokładnie mówiąc, ubikacja i prysznic. Ok, leżałam w pokoju z trzema innymi kobietami. To oczywiście mi różnicy nie zrobiło. To, że ich mężowie przebywali tam z nimi, też nie. Ale do cholery, dlaczego ja i ci faceci mieliśmy jeden kibel i jeden prysznic!!! Aż dwóch facetów (albo jeden pechowiec  dwa razy) widzieli mój biały tyłek. Pukać też ich nikt nie nauczył. Że niby to ja mam zamykać drzwi od środka? Jestem parę godzin po porodzie, krwawię jak zarżnięte zwierzę, jestem blada, mogę upaść, pierdyknąć łbem o zagrzybiałą ścianę i tyle mnie było! Czy oni w ogóle używają te swoje mózgoczaszki czasami? I to nie mycie rąk. Skad wiem? Bo po wyjściu tych facetów nawet umywalka była sucha!!! Fuj i jeszcze raz fuj. :( I ten wiecznie obejsrany klozet, pokryty złotymi kropelkami. Nawet deski nie mieli sił podnieść. Musiałam za każdym razem czyścić ten kibel. Cód, że nie złapałam jakiejś salmonelli, rzeżączki albo innego genitalio-syfa. A przynajmniej mam taką nadzieję. Siedziałam taka cała załamana na tym "publicznym gender kiblu", a tu jeszcze dwa trzęsienia ziemi. I wtedy postanowiłam: Jeżeli przeżyję i przyjdzie mi znowu rodzić na TW, to następnym razem wsadzę do wyprawki Domestosa! 

No i tak mi minął mój pobyt w szpitalu :) 

Poniżej ja, mała i jej wystawiony język - 07.07.2016.


Saturday, November 19, 2016


Jeżeli wybierasz się na Tajwan, zapraszam do mojego Q&A. Wszystkie pytania były realnie zadawane przez ludzi, wybierających się na wyspę po raz pierwszy! To, co udało mi sie spamiętać, wpisałam niżej. Here we go! :)

Tajwan - Pytania i Odpowiedzi

1. W jakim stanie są drogi?
- W dość dobrym. Autostrady mają po 8 pasów. Drogi miejskie są gładkie, bez jam.


2. Czy opłaca się wynajmować samochód?

- Jeżeli jedziemy rodziną, to tak (chociaż w Tajpej najlpeiej korzystać z metra / samochodem będziemy stali w korkach. Na Tajwanie jeździ się automatami.
- Jeżeli jedziemy sami / w dwójkę, to bardziej się opłaci wypożyczyć skuter. W takich miejscach jak Taroko / Kenting najlpeiej poruszać się właśnie skuterem. (wymagane jest osobne prawo jazdy na skuter ALE, nikt nigdy nikogo nie sprawdzał :P).


3. Czy ruch jest prawostronny?
- Tak.


4. Gdzie najlepiej bookować hotel/hostel w Tajepej?
- Najlepiej przy krzyżówce dwóch nitek metra (czerwona i niebieska to mój faworyt), albo przy czerwonej nitce. (Najwięcej atrakcji znajduje się właśnie przy stacjach czerwonej linii)


5. Czy komunikacja miejska jest droga?
- Jest bardzo tanio. Taksówki również są stosunkowo niedrogie. 


6. Czy dogadamy się po angielsku?
- Może być problem w małych miejscowościach, chociaż na pewno znajdzie się ktoś, kto nam w końcu pomoże. W Tajpej, Gaoxiung, Tainan i innych dużych miastach nie powinno być prolemów. 


7. Czy jedzenie na mieście jest drogie?
- Jest bardzo tanie, więc nie musimy iść do najblizszego marketu i kupować suchy prowiant :)


8. Jak wygląda sprawa wody pitnej?
- Wody mineralnej na wyspie nie znajdziemy (oprócz bardzo drogich importowanych typu Evian). Woda jest filtrowana i sprzedawana w butelkach po 1.5zł za pół litra. Z kranu pić absolutnie odradzam, nawet kiedy bardzo suszy!!! W hotelach/hostelach mogą znajdować się automaty z wodą (ciepłą i zimną).


9. Czy na Tajwanie je się psy/ koty/ robaki?
- Nie. Ale można znaleźć stoiska z wężami przy niektórych Night Marketach. :D


10. Gdzie mogę wymienić walutę?

- Kantorów jako takich nie ma. Walutę wymieniamy w banku. W soboty, niedziele i święta banki są zamknięte. 

11. Czy należy się szczepić i na co?

- Ja nie szczepiłam się przeciwko tropikalnym chorobom. Moi znajomi również nie. Więc to jest kwestia bardzo indywidualna. Polecam jednak szczepienie przeciwko żółtaczce typu B. 

12. Czy wegetarianie będą mieli co jeść?
- Tak. Na Tajwanie jest bardzo dużo stoisk wege i buddyjskich stołówek, w których też nie spożywa się mięs, a wybór zachwyca. 


13. Jak wygląda sprawa z Internetem?
- Darmowe Wi-fi znajdziemy w McDonaldach, Starbucksach i przy stacji metra (należy się zarejestrować). Oczywiście w naszym hostelu/ hotelu też. link tutaj


14. Czy Facebook, Google i Youtube będzie dizałać?
- Tak. 


15. Jak dostać się z lotniska do miasta?

- Jeżeli przylatujemy na Songshan airport, to metrem. Lotnisko znajduje się praktycznie w środku miasta.
- Jeżeli przylatujemy do Taoyuan airport, należy iść do kas biletowych i kupić bilet na autobus do Taipei Main Station albo do YuanShan (gdzie nam wygodniej). "Niedługo" powinno też zadziałać specjalne metro, pędzące do Tajpej - bliżej nieokreślona przyszłość. :) link tutaj


16. Czy metro jest czynne całodobowo?
Nie. Pociągi zaczynają kursować od 6 rano do 24. link tutaj

17. Czy sklepy są czynne całodobowo?
- Małe sklepy wielobranżowe, takie jak Seven 11 albo Family Mart są czynne całodobowo. Znajdziemy w nich absolutnie wszystko!

18. Czy można pić alkohol w miejscach publicznych?
- Na Tajwanie mało kto pije w miejscach publicznych. Karane to nie jest. :)

19. Czy wszędzie zapłacimy kartą?
Niestety. Nalezy zawsze mieć przy sobie gotówkę. 

20. Jak wygląda kwestia garderoby?
Zimą mega zimno, latem upalnie gorąco. Najlepsze mieisące dla podróżowania to: październik-listopad i marzec-kwiecień. 

Tyle na razie przyszło mi do głowy! Jeżeli jakieś możliwe pytania i odpowiedzi pominęłam, bardzo proszę o napisanie w komentarzu. Polecam również zajrzeć do mojego starego postu MUST KNOW o Tajwanie






Wednesday, October 26, 2016

Kiedy moja świętej pamięci babcia usłyszała o moim super pomyśle wyjazdu na Tajwan, zareagowała pięścią w stół. O nie, moja babcia nie była wielką, uśmiechniętą ciepłą duszą, pachnącą ciastem jabłkowym, z sercem na dłoni przytulającą swoje kochane wnuki... Babcia była Rosjanką o ciętym języku, dzięki któremu wywalczała sobie prawo ostatniego słowa. Wojna, ZSPR i życie na Uralu chyba każdego uodpornią na "emocje".
Tak więc nasz dialog wyglądał tak:

słowniczek (ba - babuszka; ty zduriela - oszalałaś; niet i wsio! - nie i kropka!)

ja: ba, dostałam się na program wymiany studentów.
ba: wpsaniale, a gdzie chcesz jechać, Niemcy?
ja: Tajwan
ba: co? 
ja: no Tajwan.
ba: ty zdurela? 
ja: nie, czemu? To przecież jedna z najlepszych opcji dla studentów. 
ba: przecież tam są dzikie małpy, trzęsienia, tajfuny, powodzie... Zamienisz kartofle na ryż? Jeszcze raz pytam, ty zdurela?
ja: ba, no przecież ludzie żyją z tymi trzęsieniami, A poza tym, to jest najlepsza uczlnia w kraju! I jedna z lepsych na świecie....
ba: niet i wsio!

Pół żartem pół serio wspominam tamtą konwersację. I choć minęło już parę lat, nagle zdałam sobie sprawę, jak ludzie, i ci wykrztałceni, i ci oczytani, postrzegają mój kochany, cudowny Tajwan! Tajwaniątko! Tajwaniuś!

Muszę porozstawiać kropki na I. Choć sama kiedyś uważałam Tajwan za dziczyznę, to teraz mogę powiedzieć dumnie, że my tu na prawdę nie mieszkamy w namiotach z kozich skór. A riksze już dawno zamieniono na Porshe. A i owszem dzikie małpy gdzieś tam w lasach pomieszkują. I nawet czasami zobaczymy karaluchy, jaszczórki czy pająki w domu. 
Nie mylmy opowieści o XIX-wiecznej Azji z dzisiejszym Tajwanem. Stóp już się nie krępuje, zamiast cesarzy mamy prezydenta, czasy kolonialne się skończyły, a ludzie nie siedzą pod palmą, pijąc rytualnie herbaty. 

To jest jeden z najbogatrzych państw w Azji. A Tajpej jednym z najdynamiczniejszych biznes-miast na świecie.

I jeżeli ktoś dostanie propozycję wyjazdu na Tajwan, powinien jechać! Zakocha się w tym kraju! Metro jest genialne, Chiny nie mają prawa blokować Googla i Facebooka, więc i to tutaj mamy. Wszelkie technologiczne nowinki! H&My, Zary, piękne kawiarenki! Jest to wszystko, czego dusza zapragnie.

A trzęsienia i tajfuny? Trzęsienia są bardzo rzadko odczuwane. A o tajfunach dowiadujemy się za wczasu i wystarczy nie wychodzić z domu. Opdalić fajny film, otworzyć paczkę ciasteczek i cieszyć się dniem wolnym! Tak tak. Dzień tajfunu jest dniem wolnym od pracy. :)

Pakujcie się, przyjeżdżajcie, spędzicie czas wspaniale! 




Wednesday, October 19, 2016

Długo mi zajęło "wyłanianie się z popiołów" po ciąży i podrodzie. Moja córa ma już prawie pół roku i chyba dopiero teraz moge mówić bez złości o tym, jakim szokiem był dla mnie ten, powinnam rzec, piękny okres. I był piękny. A na Tajwanie wręcz specyficzny!
Tyle się trąbi o różnicach kulturowych, o tym, że ludzie spoza kręgu widzą tylko maciupeńki kawałek góry lodowej. A to, co kryje sie pod powierzchną oceanu, niewidoczne dla nas, jest jedną-jedyna prawdzą kulturową. A i owszem.

A co do tego ma Tajwan? 
No cóż, ja już od dawna zauważyłam, że Tajwańczycy nie traktują mnie jako członka swojego społeczeństwa. Mam swój krąg znajomych, lubię ludzi i szanuję. Zdaję sobie sprawę, że byłam, jestem i będe zawsze obca. A nawet mogę powiedzieć, że w umysłach większej połowy Tajwańczyków jestem na "100%" imprezującą studenką z Ameryki. Zostałam zaszufladkowana i koniec. I nie brałabym sobie tego do serca, gdyby nie jeden MALUTKI incydent z lekarzem...

No własnie, lekarze? Czyli ludzie, dla którcyh jestem "Homo Sapiens Sapiens" z takiej samej krwi i kości, co reszta. Z antropomorfologicznego punktu widzenia jesteśmy identyczni - dwie ręce, dwie nogi, jedna głowa... Skoro idę w odwiedziny do pana lekarza, to mam jakiś problem. Prawda? 

No to poszłam do ginekologa. Źle się czułam, spuchłam, marudziłam, okres zamast przyjść, pojechał na wakacje itd.. Poszłam ze swoim mężem, który siedział ze mną z pomieszczeniu. Dostałam teścik ciążowy na dzień dobry - wróciłam do gabinetu. I tutaj zaczęły się jaja:

1. Lekarz szybko zerknął na test, "Not pregnant" i od razu go odłożył. Bez pytania o COKOLWIEK powiedział, że wszystko w porządku, jestem młoda, wszystko się unormalizuje. Kiedy ja próbowałam wyciągnąć jakieś konkrety albo przynajmniej poprosić o badanie, zostałam zbyta. No to co się będę prosić? Wstaliśmy z mężem, chcieliśmy wyjść. Lektarz chciał zapewne ten test wywalić do kosza, a tu bajer: pojawiła się druga kreseczka. 
2.Słyszymy z mężem: Stójcie, wracajcie, jednak jest ciąża. Mojemu małżonkowi szczeka opadła. Chyba sobie facet z nas jaja robi... no to cóż, lekko zmieszani wróciliśmy na krzesełko.

3.
- "Czy pani tu studiuje" - zapytał lekarz. 
- "Nie, nie studiuję". - odpowiedziałam, a w myślach krzyczałam do siebie "jupi, jupi". :D 
- "Aha. Czy ma pani przy sobie jakieś zaswiadczenie, że jest Pani niezamężna?". 
- "Eeee, nie, nie mam" - Nawet nie zastanawiałam się, po co mu.
- "A czy może Pani je wkrótce dostarczyć?"
- "Eeeekheeeem, ale ja nie mam takiego zaświadczenia". 
- "Z takim zaswiadczeniem możemy zrobić czyszczenie" - odpowiedział lekarz
- "Ale, że jakie czyszczenie?" - ja jak idiotka na prawdę nie wiedziałam o co mu chodzi
- "No, czyszczenie na początkowym etapie ciąży".
(Mój mąż jeszcze bardziej niedomyślny też patrzył na lekarza z grymasen na twarzy - o co facetowi może chodzić?)
- "Ale ja nie chcę żadnego czyszczenia. My z mężem tak jakby planowaliśmy rodzinę...." - odpowiedziałam spokojnie
- "Aaaa, to jest Pani mąż?" - lekarzowi aż gałki wyszły z orbit ze zdumienia
- "No tak" 
- "Aha, no to nic, nie ważne. To porszę przyjść za tydzień. Zrobimy USG" 

Myślałam, że wezmę ten test i wsadzę facetowi w oko... Zamiast elementarnie się zapytać o mężczyznę z którym przyszłam na wizytę, lekarz po prostu coś tam sobie w głowie nawymyślał. Studentka, biała, puszcza się z Tajwańczykami na dyskotekach - a cóż innego. Więc co nam pozostało. Wyszliśmy z kliniki, uśmiechnęliśmy się do siebie tacy zadowoleni i pojechaliśmy celebrować. BTW. Dopiero trzeci lekarz został moim lekarzem prowadzącym. Co jest dobrym wynikiem. Niekróte obcokrajówki musiały obskoczyć 6-8 lekarzy, aż któryś buził ich zaufanie. 

Minął ponad rok od pamiętnej wizyty u pana lekarza. Ochłonełam, urodziłam i pokochałam Tajwan na nowo. Teraz opowiadam o moich dziwo-przygodach znajomym przy kawce. Śmiejemy się z tego i owego. Jest sympatycznie. A ja? Czekam na nowe wyzwania. I wiem, że Tajwańczycy jeszcze nie raz mnie zaskoczą, zszokują, pozostawią bez słów. :)





Friday, April 1, 2016

"Post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie"

Czy przyjaźń między ludźmi zawsze wygląda tak samo? Oczywiście, że nie! A czy zależy to od osobowości? Tak. A od kltury? Jak najbardziej!
Jak zatem wygląda przyjaźń po tajwańsku według mnie i czym się różni od przyjaźni po polsku.

1. Bariera językowa. 
Największa bariera, z którą się spotkałam. Doprowadzająca mnie do szału. Mam cudowną znajomą - Tajwankę. Jest przeurocza, często się widzimy, często zapraszamy się na lunche, dinnery itd. Ale... Ja nie mogę czasami ogarnąć, cóz ona do mnie mówi! I vice versa. Pomyśleć sobie można, kiedy dwie osoby się przyjaźnią, wałkują wspólne tematy, czegoż chcieć więcej? Bariera językowa jest jak kot w worku, nieprzewidywalna. A co najgorsze, niezależnie od tego, na ile dobrze się językiem posługujemy, zawsze coś tam wyjdzie na opak. Czasami się po prostu zacinam chcąc coś powiedzieć. A ile żartów już spaliłam... Język jak wiadomo, wyraża nasze myśli. A te, są głęboko zakorzenione w kulturze. Więc... przejdę do następnego punktu
2. Tematy tabu. 
Jest tego sporo. Rozmawiając ze swoimi znajomymi Tajwankami, nie mogę powiedzieć często wszystkiego co mi chodzi po głowie. Mogę niechcący człowieka obrazić. Nie chodzi tutaj nawet o tematy związane z polityką, religią, seksem itp. ("seksu nie ma, chociaż jest" - chyba jak w Związku Radzieckim). Chodzi bardziej o moje postrzeganie tutejszych zachowań i nieakceptacją pewnych rzeczy. Chciałabym czasami wykrzyczeć "nie bekajcie tak głośno mi prosto w twarz", albo "myjcie ręce z mydłem po wyjściu z ubikacji". Ale fakt faktem, to ja mam z tym problem, a nie ludzie. Jeśli padłam między wrony, muszę krakać tak jak one...  Nasza polsko-tajwańska przyjaźń zatem jest często bardzo powierzchowna. Podam mały przykład: po ok. dwóch latach rozmów, spotykaniu się na piwko, chodzeniu na zakupy, jesteśmy w stanie dobrze zweryfikować (w Polsce) czy przyjaźnimy się z daną osobą, czy też nie. Po dwóch latach rozmów, lunchy, spacerów itp. z moimi Tajwańskimi znajomymi, ja mam wrażenie, że my dalej jesteśmy na poziomie "o pogodzie". Czy to się kiedyś zmieni? Nie wiem i przejdę do punktu trzeciego.
3. Problem rasowy. 
Tajwańczycy ZAWSZE postrzegają mnie jako obcą. Choćbym mówiła płynnie po chińsku, tajwańsku, znała wszystkie niuanse kulturowe i była mistrzem Jodą w tutejszych tradycjach, to i tak jestem biała. Tajwańczycy są przelimi, bardzo grzeczni, zawsze się do mnie uśmiechają. Ale na tym się kończy moja interakcja społeczna. A jak się to ma do przyjaźni? Każdy kij ma dwa końce, i w tym momencie ludzie sami nie wiedzą jakie tematy mogą ze mną poruszać, a jakich nie powinni. Więc rozmawiamy o: pogodzie, kuchni, podróżach, pracy, szkole i innych neutralnych epizodach z życia. Mam multum znajomych na Tajwanie, których uwielbiam. Są to cudowni ludzie. Ale jak na razie żadnego z nich nie mogę nazwać swoim "przyjacielem". Zobaczymy, co będzie za parę lat. Na razie lista zamyka się na pojęciu "dobra znajoma". I tyle póki co musi mi wystarczy. A tutaj kolejny punkt... tym razem o przyjacielach pozostawionych w Polsce. 
4. Przyjaźń przez Skype
Kiedy wyjeżdżałam z Polski, wiele osób zarzekało się, że będziemy utrzymywać ze sobą kontakt KONIECZNIE! A niektórzy nawet założą Skype specjalnie dla mnie, wow! Nie założyli... Tak samo, jak lista znajomych na Tajwanie się powiększa, ta polska lista "BFF" się kurczy. I to jest niesamowite! Mam garstkę ludzi, których mogę dopiero teraz nazwać swoimi super friend-ami. Mówi się, że "przyjaciela poznaje się w biedzie". Ja swoich poznaję na Tajwanie. No tak, ja jestem na Tajwanie, a oni w Polsce, albo porozrzucani po świecie. I może się tego kiedyś bałam, ale mogę w końcu przyznać, że jest mi tak najlepiej i chyba nie chcę tego zmieniać.   

Co będzie po paru latach, nie mam pojęcia. Jestem przecież świeżynką-emigrantką. Może już niedługo, tak od serca uda mi się zaprzyjanić z kilkoma osobami na Tajwanie. Będzie to kolejna przygoda i mały sukcesik na obczyźnie. A moją polską, chociaż malutką już listę zawsze bedę pielęgnować i starać się "utrzymać przy życiu". 




Sunday, March 13, 2016

1. Muzea za darmo.
Uwielbiam muzea bardziej niż leżing-smażing, bardziej niż wakacyjne objadanie się i bardziej niż (już nie ten status) klubiwanie. A kiedy te muzea są za darmo... Bajka! Taki właśnie jest Madryt, w którym praktycznie codzinnie inne muzeum proponuje nam wejście za 0 EUR. A dzie jeszcze obejrzymy obrazy: Salvadora Dali, Pabla Picassa, Hieronima Boscha i oczywiście Francisca Goyi? Niewątpliwie Muzeo del Prado zajmuje u mnie zasłużone, drugie miejsce (zaraz po Luwrze!). Museo Reina Sofia na podium nie staje, ale tam zlalazłam pokaźne zbiory S. Dali i P. Picassa, A co najważniejsze? Też na 0 EUR. 
Żeby wejść bezpłatnie (czy ze zniżką) do niezliczonej ilości muzeów i oczywiście do pięknego Pałacu Królewskiego, wystarczy o to zapytać w biurze obsługi turystów. Całe miasto roi się od tych biur, ale nie każdy pan/pani będzie na tyle miły i podzieli się informacją o darmowych wycieczkach. Czasami trzeba cierpliwości w ciągnięciu za hiszpańskie języki. Efekt - darmowe zwiedzanie

2. Madryt pieszo
Madryt to ogromne miasto, ale atrakcje turystyczne są na dobrą sprawę położone stosunkowo blisko siebie. Sam spacer po Madrydzie jest niesamowity i nacieszy wasze oko. My z rana zaczynaliśmy wycieczkę pieszo, a kiedy wieczorem siły nasz opuszczały, dopiero wsiadaliśmy w metro (co nie jest niestety tanią przyjemnością). Będąc w stolicy 3 dni, metrem jechaliśmy aż trzy razy.

3. AirBnB
AirBnB- w Mardzycie opcji jest na prawdę dużo. My mieszkaliśmy w dobrej dzielnicy, za noleg płaciliśmy 10EUR/ os. Często na dole "hoteliku" znajduje się kuchnia, w której możemy trzymać nasz prowiant z TESCO. :) A dla zaawansowanych polecam oczywiście "coach". Wybór jest ogromny. 

4. Jedzenie
O dziwo, w małych knajpkach przekąski są śmiesznie tanie. Za pyszną kawę i ciastko płaci sie 2/3 EUR. W miejscach mniej turystycznych za równie nieduże pieniądze (5 EUR/os.) znajdziemy pyszną paellę. Koniecznie trzeba zdać się na swój węch i przeczucie, nie patrząc na przewodnik, który zaprowadzi nasz portfel na cenowe manowce. Nie kupujcie przekąsek w pięknym, zaszklonym świecie marketu Mercado de San Miguel - ceny przerażają, ale jakośc nie ma się nijak do cen. Już na pewno nie kupjcie tam absolutnie żadnych owoców morza,  po prostu w tym miejscu sprzedawcy chcą nas oszukać, dodając mąki do "papki z krewetek". Wspaniale jest na to wszystko popatrzeć, popstrykać zdjęcia, ale niestety jakość jedzenia (i ta za taką kasę) nas mocno zawiodła. 


Madryt jest absolutnie niesamowuty i na pewno zasługuje na to, aby stracić tam część naszych cięzko zarobiobych pieniędzy. Ale tylko część!
Poniżej tylko garstka uratowanych zdjęć z hiszpańskiej stolicy. 






















Saturday, January 2, 2016

Piękne miejsce, dawna Polska a obecna, zachodnia część Ukrainy. Jestem zachwycona zachodnią częścią mojego kraju. Kiedy znajomi pytają mnie o Ukrainę: gdzie pojechać, co zobaczyć, jakich potraw popróbować... Mam jedną odpowiedź - od Kijowa na Zachód. Niestety do Krymu wjazdu już nie mamy, ani Ukraińcy, ani Polacy. Mój rodzinny Donieck stoi w ogniu. Dniepropiertowsk czy Charków nie zaliczają się do miast turystycznych. Ale Karpaty, Lwów, i wszystkie dawne Polskie misteczka - to jest na pewno mój numer jeden. 

Więc co to jest ten Drohobych? Piękne, stare polskie kamiennice, przeplatające się z ze sobą kultura Żydowska i Prawosławna, a także niessmowicie gościnni ludzie, którzy wprost uwielbiają Polskich turystów. Niestety mało jest takich miejsc na ziemi, więc ja dziś mogę tylko zaprasić na skromną foro-relację z Drohobycha. 

Centrum i Ratusz



Piękne, stare polskie kamiennice

Dom Kultury





Tradycyjny bazar

Synagoga w Drohobychu

Cerkiew w Drohobychu

Karpaty - Stary Sambór

Karpaty