Thursday, December 29, 2016



Винегрет, a mówiąc po polsku "winegret" to pyszna sałatka, znana mi z niepamiętnych czasów. Jest jedną z podstawowych sałatek na różnych imprezach, a także kochają ją ludzie wiecznie siedzący na diecie. W poście o barszczu wspominałam, że za dawnych czasów ludzie nie zawsze mogli sobie pozwolić na rarytas w postaci "mięcha", a więc kolejnym super zamiennikiem bogatym w białko był winegret.

A więc:


Co należy przygotować?
- buraki
- kiszone ogórki
- gotowane ziemniaki
-gotowana marchew
- biała fasola
- kiszona kapusta (opcjonalnie)
- sól, pieprz
- olej słonecznikowy (może być oliwa z oliwek)


Jak to się robi?
1. siekamy wszystko (oprócz fasoli i kapusty) w drobną kostkę
2. mieszamy, doprawiamy do smaku i zalewamy olejem

Nie podaję proporcji, gdyż każdy robi winegret według własnego uznania. Ja uwielbiam buraki, więc moja sałatka będzie raczej słodkawa. Moja mama zaś, musi nawrzucać dużo ogórków i kapusty (sama nigdy nie dodaję kapusty). Mój tato lubi fasolę i ziemniaki, także jemu osobno wrzucamy dodatkową garć :D 
Przepis bardzo prosty, bardzo zdrowy i niesamowicie smaczny!

Enjoy! :) 




Wednesday, December 14, 2016

Pozwiedzać - koniecznie! Przy czym, wszystko co się da!

Zamieszkać - hmmm... niekoniecznie ;)


Azja jest kontynentem na tyle różnorodnym i heterogenicznym, że musiałabym chyba poświęcić rok na każdy kraj. O co mi chodzi? Europa przecież też jest ogromna, można się nazwiedzać do woli. Tak! Ale tutaj chodzi o kolosalne różnice między każdym krajem: alfabet i pismo (japoński, wietnamski, chiński, tybetański...), świątynie, jedzenie, postrzeganie kobiet, postrzeganie piękna itp. 
Jednak Azja nie jest tak lekko dostepna jak Europa, a to kusi najbardziej. I nawet jak będziemy na głodzie chlebowym, ziemniakowym, a produkty mleczne będą nam się już po nocach śniły, trzeba będzie zacisnąć zęby i wytrzymać! Nie znajdziemy polskich sklepów, nie znajdziemy nic, do czego byliśmy przyzwyczajeni. I to jest wspaniałe, Azja jest na bank miejscem, gdzie musisz wyjść ze swojej strefy komfortu. A kiedy jeszcze mamy możliwość porozmawiać z mieszkańcami... cacy! Oczywiście tybylcy zaczynają ode mnie uciekać, kiedy zmierzam w ich stronę, układajac w głowie pytania. Cóż, takie zwiedzanie jest najlpesze! A kiedy jeszcze ktoś cię do siebie zaprosi... Ach. Cud, miód i orzeszki. Nie będę się więcej rozpisywac. Trzeba jechać, zwiedzać, czerpać energię i cieszyć się każdą minutą.

Natomiast mieszkanie w Azji jest wyzwaniem. Dla mnie. Czasami mam tak serdecznie dość Tajpej, że mam ochotę wrócić do Polski. Czasami czuję, że na Ukrainie, opętanej kryzysem i wojną jest mi bardziej komfortowo niż na Tajwanie. Chociaż moja azjatycka egzystencja ogranicza się do brudnego, przeludnionego Tajpej, i do mojej ulicy, śmierdzącej ściekami i tofu (często mam chwile słabości, chyba poprzedzone upałami :D ) Dziwne, ale taki sam niesmak czułam w Jakarcie, a najgorzej było w Hong Kongu. Niesamowite miejsce! Ale po roku mieszkanie w HK, dostałabym nerwicy i oczopląsu. Na szczeście na Tajwanie jest inaczej. Wystarczy spakować rzeczy i uciec do rodzinnej wioski na południe. Kilka dni bez prysznica spokojnie wytrzyam, ale przynajmniej będe otoczona przyrodą! Och tak, Tajwan ma niesamowitą przyrodę. Tak niesamowitą, że kocham tę wyspę, uwielbiam. A czasami mam jej serdcznie dość. Przeżywam właśnie kryzys emigranta. Zdałam sprawę, że mieszkam w paskudnych warunkach, a moje biedne dziecko będzie to uważać za normalne... (kill me now) Euforia pierwszego roku minęła jeszcze na studiach, a następnym stadium powinna być akceptacja, czy, jak ja to nazywam, pogodzeniem się losem. Mam nadzieję, że do tego trzeciego stadium dożyję szybko i bezboleśnie. Narazie na samą myśl o powrocie na Tajwan (został mi tylko miesiąc) mam ochotę się rozpłakać. 

No ale cóż. Zwiedziać Azję mam w planach i będę to robić, mam nadzieję, do końca swoich sił. Powracać na Tajwan co kilka miesięcy jest moim marzeniem. A jak tylko poczuję przesyt, będę zębami wygryzać drogę ucieczki. 
Po porstu, niestety albo stety, na chwilę obecną chicałabym mieszkać gdzie indziej.  ;) 



















Kuala Lumpur - analogiczne miasto do Tajpej. Petronas Towers robią wrażenie, mniej więcej takie jak Tajpej 101. Ale zamieszkać tam na pewno bym nie chciała.
















Poniżej centrum Jakarty w nocy. Niestety Jakarta nie zalicza się do bezpiecznych miast. W przeciwieństwie do Tajpej, gdzie nocną porą nic nam nie grozi :)






















Malutkie, a jednak wielkie państwo-miasto, trochę przypominające New York. Hong Kong zachwyca swoją dynamiką. 






Yogyakarta i okolice - najpięknięsze miejsca w Indonezji
























Bali - co do plaż, nie mogę nic powiedzieć, ale kulturowo, wyspa jest wyjątkowa. Ludzie przemili, uśmiechnięci i bardzo pomocni. 


Monday, December 5, 2016

Jak na razie będzie to ostatni tekst o szoku kulturowym, który mój mózg musi codziennie przetwarzać. Ale muszę, muszę, bo się uduszę... Opowiedzieć o tym, jak rodziłam na Tajwanie.

Pominę szczegóły samego procesu. Ale były pewne rzeczy, na które zwróciłam uwagę:


1. Zacznę od pozytywów.

Dobra opieka, szpital super. Ekipa pielęgniarek i pielęgniarzy niesamowita, mili i pomocni, na zawołanie w dzień i w nocy. Wyszłam zadowolona, w podskokach i z uśmiechem na twarzy.


2. Co mnie, lekko mówiąc, "zdziwiło".

Bardzo podobało mi się to, że dzieci znajdują się w innej jednostce po drugiej stronie piętra. Leżą w osobnych, sterylnych pomieszczeniach, gdzie oprócz rodzica+jednej osoby towarzyszącej, ludzie mają zakaz wejścia. Dlaczego mnie to cieszy? No tak, muszę wspomnieć, że Tajwanki nie myją rąk z mydłem. A tajwańscy mężczyźni w ogóle. Więc w szpitalu co 5 minut puszczana była przypominajka pt.: Myjcie ręce/ myjcie ręce/ myjcie ręce. Lekarze i pielęgniarki oczywiście to czynili, ale nie pacjenci i ich rodziny! Także jestem szczęściarą, że moje dziecko leżało daleko od dodatkowych zarazków. 

Byłam zadziwiona również tym, na ile nowi rodzice nie chcą odwiedzać swoje nowonarodzone pociechy. Obok mnie leżała dziewczyna, która AŻ JEDEN RAZ odwiedziła synka! Stwierdziła, ża musi odpocząć, a poza tym, to już jest jej drugie dziecko! No dobra, nie wiem czemu to drugie dziecko jest dla niej takie "nie teges". Wyglądała na normalną, szczęśliwą, uśmiechniętą mamusię. No a odpoczynek? Tak! Jest szalenie ważny, ale przecież to nasza nowa dzidzia!!! My heart is melting!!! Ja nie potrafiłam zasnąć, póki mnie nie zawieźli do małej. Już nie wspomnę o karmieniu piersią.

Cóż. Karmienie piersią, karmienie piersią... Czułam się jak na pustni. Na całą wielką salę do karmienia siedziałam tylko ja. Cicho, głucho. Brakowało świerszcza. Przez bite 3 dni miałam przeogromne pomieszczenie dla siebie. Nawet kotarek nie musiałam zasłaniać. Może to ja tak trafiłam, ale nie widzałam żadnej innej dziewczyny, która przykuśtykałaby na ten drugi koniec korytarza, żeby nakarmić maleństwo. Nigdy! A może się mijałyśmy? Chociaż w przeszklonym pomieszczeniu obok pielęgniarki cały czas oblatywały dzieci z butlą. Z resztą, mnie też namówiły na "odpoczynek" od karmienia. Never!!! Będę sama karmić i koniec! 

Bardzo mnie zdziwiło to, że moje dziecko nie mogło być wypisane na 3 dzień, a mnie już chcieli pożegnać do domu. A to, że karmię? Oh well. No to zapłaciłam kolejne 300zł za kolejną dobę w szpitalu. A co tam! Jak szaleć, to szaleć! :D Gdyby tak każda karmiąca musiała zostać tę ekstra dobę, to szpital zrobiłby ładny utarg. Hmmmm, może one dla tego nie chcą karmić.....  :O 


3. To, co doprowadziło mnie do łez. (frustracja siedzi do dziś)

Żarty żartami, ale jednej rzeczy nie rozumiem i nie zrozumiem. A mianowicie: Do czarnej rozpaczy i wybuchu płaczu doprowadziła mnie higiena na sali poporodowej. Dokładnie mówiąc, ubikacja i prysznic. Ok, leżałam w pokoju z trzema innymi kobietami. To oczywiście mi różnicy nie zrobiło. To, że ich mężowie przebywali tam z nimi, też nie. Ale do cholery, dlaczego ja i ci faceci mieliśmy jeden kibel i jeden prysznic!!! Aż dwóch facetów (albo jeden pechowiec  dwa razy) widzieli mój biały tyłek. Pukać też ich nikt nie nauczył. Że niby to ja mam zamykać drzwi od środka? Jestem parę godzin po porodzie, krwawię jak zarżnięte zwierzę, jestem blada, mogę upaść, pierdyknąć łbem o zagrzybiałą ścianę i tyle mnie było! Czy oni w ogóle używają te swoje mózgoczaszki czasami? I to nie mycie rąk. Skad wiem? Bo po wyjściu tych facetów nawet umywalka była sucha!!! Fuj i jeszcze raz fuj. :( I ten wiecznie obejsrany klozet, pokryty złotymi kropelkami. Nawet deski nie mieli sił podnieść. Musiałam za każdym razem czyścić ten kibel. Cód, że nie złapałam jakiejś salmonelli, rzeżączki albo innego genitalio-syfa. A przynajmniej mam taką nadzieję. Siedziałam taka cała załamana na tym "publicznym gender kiblu", a tu jeszcze dwa trzęsienia ziemi. I wtedy postanowiłam: Jeżeli przeżyję i przyjdzie mi znowu rodzić na TW, to następnym razem wsadzę do wyprawki Domestosa! 

No i tak mi minął mój pobyt w szpitalu :) 

Poniżej ja, mała i jej wystawiony język - 07.07.2016.


Google+ Followers